Część 4: Ten Thousand Frags 2009-06-19 13:17:39

  -Przyznam, że w takiej sytuacji jeszcze nie byłem - Rzekł Geralt, dość cynicznym tonem. - Co ja tu właściwie robię? Mamy pokonać całą armię we czterech? Musimy coś wymyślić, aby spowolnić ich przemarsz, zarazem nie wchodząc w walkę, bo nic z nas nie zostanie.
-Mnie tam się podoba taki rodzaj spędzania wolnego czasu! Miałem już okazję zabijać zastępy demonów, ale całej armii jeszcze nie miałem okazji powitać! - odparł Dante, zamaszyście wyciągając dwa, sporej wielkości pistolety z kabur pod płaszczem.
  Gordon w tym samym czasie wprowadził odpowiednią kombinację klawiszy na panelu przedramienia swojego pancerza i z przemyślnie ukrytego schowka w nagolenniku wyciągnął małą lornetkę.
-Hej, śniadanie też tam trzymasz? - zapytał żartobliwie Dante, lecz uczony nie zwrócił na to uwagi. Widok, który zobaczył w przybliżeniu lornetki wywołał u niego atak krótkiego, stłumionego śmiechu. Widząc zdziwione twarze Geralta i Eragona, podał przyrząd wiedźminowi, który idąc za przykładem Freemana, przystawił lornetkę do oczu. Smoczy Jeździec za to wyszeptał specjalne zaklęcie, a jego oczy błysnęły czerwonym blaskiem, dając mu możliwość dalekowidzenia. Widok był rzeczywiście tak żałosny, że mógł wywołać śmiech - cały pochód składał się z tysięcy, czarnych jak noc istot, o głowę niższych od przeciętnego człowieka. Miały na sobie nieskładne kawałki pancerzy, robione z czegokolwiek co było pod ręką we wcześniej splądrowanych miastach - z kawałków desek, skrawków metalu czy też połamanych elementów uzbrojenia. Znaczna część istot prawdopodobnie nie widziała nawet na oczy prawdziwego wojownika, bo nie wiedziała, jak trzymać swoją broń. Niektóre garfy próbowały wymachiwać mieczami, trzymając je za ostrze, inne za to trzymały tarcze oburącz, jakby miały zamiar się nimi bić. Lecz nie to było najbardziej żałosne w tej mrocznej  zgrai. Najdziwniejsza była wytrzymałość tych dziwacznych żołnierzy - albo raczej jej brak. Istoty zamieniały się w kłąb dymu nawet przy zwykłym potknięciu o kamień, podczas szarży w dół zbocza. Tak więc zanim cała armia znalazła się na równinie, jedna siódma wojsk była już nieobecna, zamieniona w kłęby czarnej pary ulatującej ku górze.
  Geralt odstawił lornetkę od oczu, oddając ją Gordonowi.
-To zmienia postać rzeczy - Na twarzy wiedźmina pojawił się cień zakłopotania i dezorientacji.
-Jak można było nie obronić tych miast na północy przed TYM? - zapytał całkowicie zbity z tropu Eragon. - Wystarczyłoby zamachnąć się kijem żeby zgładzić ze cztery takie potwory!
 Dalszą rozmowę przerwał potężny dźwięk rogu, na sygnał którego cała armia stanęła w miejscu, rozciągając się na całej szerokości doliny, od przełęczy na północy aż do płytkiego potoku rzeki przecinającego środek doliny. Po kilku sekundach wręcz zawrzało w trzech zbiorowiskach garfów, gdzie w przeciągu kilku minut zbudowane zostały trzy katapulty oblężnicze z części które nieśli żołnierze. Po kolejnej chwili, nowopowstałe katapulty załadowane zostały wielkimi glinianymi naczyniami z płonącą smołą.
  Dante i Eragon już przygotowywali się do zestrzelenia ognistych pocisków w czasie ich lotu, lecz Gordon zatrzymał ich ruchem ręki, dając im do zrozumienia że ma inny pomysł niż niszczenie pocisków wroga. Zdjął z pleców dziwne, świecące pomarańczowym światłem urządzenie. Chwycił je oburącz za specjalne uchwyty, czekając na pierwszy sygnał.
  Nastała chwila ciszy, którą przerwało donośne skrzypnięcie mechanizmów zwalniających katapulty. Trzy, płonące meteory pomknęły w stronę murów miasta w odstępach kilku sekund. Freeman wymierzył działkiem grawitacyjnym w jeden z pocisków, wciskając spust urządzenia. Garniec z płonącą smołą drastycznie zmienił swoją trajektorię, kierując się prosto na naukowca. Geralt i Eragon odruchowo odskoczyli na boki, unikając eksplozji. Lecz ta nie nastąpiła. Pocisk zatrzymał się posłusznie na około metr od światła wydobywającego się z końca działka. Freeman wymierzył nim w kierunku jednej z katapult i zwolnił spust - Garniec poszybował z niebywałą prędkością z powrotem w stronę armii, nieugięcie zmierzając ku zgrupowaniu garfów wokół katapulty, siejąc spustoszenie i panikę wszędzie wokół. W chwilę później dwa pozostałe garnce dołączyły do siania Inferna w szeregach wroga. Gordon z uśmiechem pełnym dumy na twarzy oparł działko o ramię, z satysfakcją przyglądając się, jak armia ciemności topnieje o kolejne kilkadziesiąt podatnych na każdy atak garfów.
-Dobra robota, Gordon - rzekł z aprobatą Eragon, kładąc mu dłoń na drugim ramieniu. - Ale przed nami jeszcze dużo pracy.
 Freeman kiwnął twierdząco głową, odkładając na plecy działko i wyciągając z uchwytu obok swój zaufany, ciężki łom. Troje pozostałych obrońców także przygotowało swoją broń. Dante widząc, jak mizernie wygląda improwizowane narzędzie mordu Gordona, uśmiechnął się z lekkim politowaniem.
-Gordon, trzymaj! - Łowca demonów wyciągając spod płaszcza spory obrzyn i rzucił go naukowcowi. - Zrób z tego użytek. I nie martw się amunicją, po strzale złam lufę i po problemie, zaufaj mi - Gordon złapał wolną ręką broń i kiwnął w podzięce głową. Pancerz Gordona skwitował to krótkim oświadczeniem:
-Ustawienia serwomechanizmów: Prawa ręka: broń palna, lewa ręka: broń biała.
-No, skoro mamy już aprobatę twojego pancerza, Gordon, to rozhuśtajmy tą imprezę! - Krzyknął pół-demon, nie czekając na szarżę wroga. Sam poprowadził swoją szarżę w kierunku mrocznej zgrai. Geralt westchnął nieco sfrustrowany, Eragon wziął głębszy oddech , a Gordon zachował obojętność na swojej twarzy, przyglądając się jezcze chwilę swojemy nowemu obrzynowi. W kolejnej chwili cała czwórka biegła już na spotkanie szeregom słabych garfów.
  Gdy pierwsze szeregi dostrzegły szarżujących obrońców, zaczęły w panice rozbiegać się wokół, siejąc chaos w swoich zastępach jeszcze przed rozpoczęciem bitwy. Jeszcze nigdy nie widziały, żeby ktoś przed nimi nie uciekał, a tym bardziej ich atakował! Bitwę rozpoczął Dante, już w biegu prowadząc nieprzerwaną salwę z dwóch pistoletów. Kule sporego kalibru przechodziły przez garfy jak przez mgłę, zostawiając po sobie tylko długi, pusty rząd zamienionych w dym żołnierzy ciemności. Eragon, nie zostając w tyle, wykrzyknął magiczną inkantację, która sprawiła że w pierwszym szeregu garfów dał się słyszeć ohydny trzask łamanych karków i kolejna dziesiątka mrocznych istot zniknęły z pola walki. Gordon nie omieszkał wypróbować nowego uzbrojenia i trzymając obrzyn w prawej ręce, wypalił z obu luf obciętej strzelby, wywołując szeroką falę martwych garfów w promieniu czterdziestu pięciu stopni przed lufami. Wedle instrukcji Dantego, po strzale złamał lufę szybkim zrywem ręki, a dwie, dymiące łuski kalibru 12 milimetrów wyskoczyły z otworów z tyłu obu luf. Lecz ku zdziwieniu i zadowoleniu naukowca, dwa kolejne, świeże pociski znajdowały się już na swoich przewidzianych miejscach, gotowe do wystrzelenia. Z radością zamknął wyloty luf i wypalił jeszcze raz. I kolejny. Raczej nie robił tego dlatego, by powalić jak największą liczbę mrocznych istot, ale by jeszcze raz zobaczyć fenomen samoodnawialnej amunicji.
-Gordon! Przytrzymaj spust a czeka cię niespodzianka! - Krzyknął radośnie łowca demonów, przekrzykując huki wystrzałów własnych pistoletów. Freeman nie zwlekając ani chwili, zamknął lufę szybkim ruchem ręki i przytrzymał język spustu. Po krótkiej chwili lufa oblekła się czarno-karmazynowym płomieniem, który o dziwo nie parzył. Gdy po kilku sekundach płomienie osiągnęły maksymalną intensywność puścił spust. Z lufy wystrzelił długi na metr jęzor czerwonych błyskawic i ognia, a wystrzelony śrut wyglądał jak chmura szkarłatnych odłamków, siejąca spustoszenie na co najmniej trzy razy większym obszarze niż zwykły strzał. Gdyby nie uszy, uśmiech Gordona oplótłby prawdopodobnie całą głowę. Widząc radość towarzysza, Dante także się uśmiechnął. A jego uśmiech poszerzał się z każdą chwilą w miarę, jak przybliżali się w pędzie do pierwszego szeregu wroga.
  Wpadli między spanikowane garfy niczym burza, tworząc wszędzie wokół istną zamieć czarnego dymu pozostałego po żołnierzach ciemności. Geralt wciąż szarżował, nawet po wejściu w wir walki, wycinając sobie sprawanie drogę srebrnym mieczem i znakami Igni i Aard, tnąc, paląc i rozrzucając bezbronne wręcz garfy wokół. Chociaż że mało który z nich przeżywał podmuch znaku Aard, przez co to proste zaklęcie miało podobny skutek co wystrzał z obrzyna Gordona. Wiedźmin po kilku chwilach wolną ręką wyjął małą buteleczkę ze skórzanego uchwytu na ramieniu, odkorkował ją kciukiem i wypił zawartość duszkiem, w międzyczasie biegnąc przez pole bitwy i operując mieczem w prawej ręce. Własnej roboty mikstura zadziałała natychmiast, sprawiając, że na szyi Geralta żyły zmieniły na chwilę barwę na czarną, a zaraz potem sylwetka Wiedźmina zaczęła się prawie zamazywać w szybkości ciosów i uników przed nieudolnymi atakami. Zabójca potworów w ciągu niecałych pięciu sekund wysiekł sobie drogę do centrum armii wroga i teraz wykonywał bojowy zwrot, kierując swój morderczy bieg, w bok, wycinając cały szereg potworów w kierunku przeciwnym do przełęczy. Gordon i Eragon zachowywali bardziej defensywną postawę, wyczyszczając wokół siebie teren z garfów za pomocą obrzyna, zaklęć i gdzieniegdzie uderzeń łomu trzymanego w lewej ręce naukowca. Krąg pustej przestrzeni wokół nich powiększał się z każdą chwilą, gdy padał kolejny strzał lub inkantacja. Natomiast Dante, z okrzykami pełnymi radości i śmiechem na ustach, bawił się wręcz wrogimi zastępami, lawirując na zmianę mieczem i pistoletami, z wykorzystaniem wszystkich znanych mu akrobacji - a także tych improwizowanych, ale które wyglądały dość zabawnie, przynajmniej dla niego. Dlatego miejsce, w którym walczył pół-demon można było najłatwiej odróżnić od pozostałych dwóch miejsc obrony - tylko tam garfy ''latały'' w powietrzu, lub był dawany pokaz ''żonglerki bojowej'' z dwoma pistoletami i mieczem, jak to później nazwał Dante. W pewnym momencie, zamiast chować miecz do klamer na plecach, a pistolety do kabur, w celu zmiany broni, po prostu wyrzucał aktualnie trzymaną broń w górę, atakując przeciwników drugim typem uzbrojenia w momencie gdy pierwsza broń przebywała w powietrzu. Eragon patrzył przez chwilę na Dantego jak na jakiegoś wariata, lecz wtem dostrzegł dziwny, metaliczny błysk za plecami pół-demona. Wtedy szerzej otworzył oczy i pobiegł w jego kierunku, szykując najsilniejsze zaklęcie leczące jakie pamiętał. W plecy Dantego wbity był miecz, sterczący na prawie pół metra w tył. O dziwo nie przeszkadzało to łowcy demonów w jego popisowych numerach walki. Gdy Eragon był już w odległości kilku metrów od niego, z dłoni błysnęły błękitne światła. Dante domyślił się, o co chodzi i krzyknął:
- Co jest?! Gdzieś dostałem? - wtedy dopiero odwrócił się i zauważył ordynarnie sterczący brzeszczot z pleców. - No masz ci los - zamaszystym ruchem wyjął ostrze ze swoich pleców, ochlapując krwią kilka najbliższych garfów, które natychmiast zamieniły się w czarną parę. - Dzięki że zauważyłeś, mały! Teraz już wiem co mi zawadzało! - odkrzyknął Dante, wyrzucając nieszczęsne ostrze i wracając do radosnej sielanki mordowania mrocznych zastępów, zostawiając Eragona z wyrazem skrajnego zdziwenia na twarzy. Lecz już po chwili, widząc, że towarzysz nie daje jakichkolwiek oznak potrzeby pomocy medycznej, Smoczy Jeździec wrócił do swojej walki. Dante, widocznie już znudzony swoim popisem żonglerki, przeszedł do zwykłego trybu wali, skutecznie lawirując pistoletem i wielkim mieczem, którym bez problemu władał jedną ręką. Geralt także przeszedł do defensywnej postawy, obierając sobie jeden punk, w którym zaciekle bronił się i pozbywał po kilku garfów jednym cięciem. Po krótkim namyśle schował szybko srebrny miecz na plecy a wyjął zwykły, stalowy znad drugiego ramienia. Nie potrzeba było tu nawet srebrnego ostrza na potwory, bo garfy padały po jakimkolwiek uderzeniu, a stalowy miecz był dłuższy od srebrnego...
  Po kilkudziesięciu minutach - w tym czasie armia niedołężnych stworzeń liczyła już o jakąś jedną piątą mniej żołnierzy niż przed bitwą - Nad przełęczą prowadzącą do doliny rozległ się potężny grzmot, a jaskrawy błysk na krótką chwilę oślepił najbliższe zjawisku rzędy garfów. Na skraju przełęczy, na jednej z większych skał, stał teraz rycerz w lśniącej zbroi z wyjątkowo wysokimi naramiennikami, błękitnym pióropuszem na wysokim hełmie i płaszczem w tym samym kolorze. W jednej ręce dzierżył obosieczny miecz, a w drugiej tarczę z godłem błękitnej, ornamentowanej litery ,,L". Przez krótką chwilę, stał, dumnie patrząc z góry na pole bitwy, widząc, że ktoś broni się przed zastępami sił mroku. Po sekundzie rekonesansu sytuacji, zamachnął się w przód swym mieczem, dając sygnał do ataku. Nagle ziemia zadrżała , a z przełęczy wydostał się istny, ogłuszający ryk spotęgowany echem gór. Setki żołnierzy w srebrnych zbrojach z błękitnymi proporcami zeszło w dół zbocza niczym lawina, miażdżąc siłą rozpędu całe rzesze garfów, niczym fala, zalewająca brzeg. Dante, Geralt, Gordon i Eragon zatrzymali się nagle, tak samo jak garfy wokół nich. Lecz te drugie w chwilę później zaczynały już paniczną ucieczkę z pola bitwy. Lecz nie było gdzie uciekać. Mury miasta były nieprzebyte dla tak małych istot, zewsząd wokół dolinę otaczały góry, a jedynym wyjściem była przełęcz. Wrzask okrzyków bojowych miażdżył uszy, gdy srebrna armia wydzierała głębokie rany w zastępach garfów, nie odnosząc jakichkolwiek obrażeń. Rozlała się niczym wielka powódź po całej dolinie, gdzie jeszcze Biegały niedobitki armii ciemności. Gdy nieznane oddziały dotarły już do pozycji czwórki obrońców, srebrno-błękitni żołnierze szybko dostrzegli, że czterech ocalałych jest ludźmi i nie należy ich atakować. Jeden z szarżujących w pobliżu nich żołnierzy, trzymający włócznię z błękitną flagą krzyknął w ich stronę, w międzyczasie dość brutalnie pozbywając się trzech garfów przed sobą za pomocą drzewca włóczni:
-Na Chwałę Lordareonu, nieznajomi! DO ATAKU!
  W kilka minut bitwa była już zakończona i dopiero teraz, gdy szał bojowy już minął, a żołnierze w srebrnych zbrojach powrócili do pełni świadomości, zauważyli, że coś jest bardzo nie w porządku...

skomentuj (0)

Część 3: Dash! 2009-05-09 22:15:11

  Biegnąc korytarzami zamku, mijali spanikowanych cywili, biegnących w stronę południowej, jescze bezpiecznej strony grodu. Obywatele, mijając osobliwą czwórkę na chwilę zwalniali, przyglądając się przybyszom, lecz po kilku sekundach z powrotem kontynułowali swoją ucieczkę.
  Gdy dostali się na wejściowy dziedziniec zamku, ostatni obywatele przechodzili już do środka, a dwóch strażników zaczęło już zamykać bramę. Herosi kilkoma susami przebiegli długość dziedzińca, strażnicy spojrzeli na nich nieco zdziwieni, lecz pęd ciężkich wrót nieumiłowanie zamykał oba skrzydła, odcinając drogę wyjścia. W biegu Eragon wykrzyknął krótkie zaklęcie, a brama z łoskotem otwarła się z powrotem na ościerz, odrzucając ogłuszonych gwardzistów na boki. Smoczy Jeździec przez tylko ramię rzucił krótkie ''Przepraszam!", po czym wysunął się na prowadzenie  tego osobliwego, czteroosobowego wyścigu. Teraz mknęli nienaturalnie czystymi, jak na zatłoczone miasto, brukowanymi ulicami pomiędzy starymi, lecz zadbanymi kamienicami, ozdobionymi setkami różnorakich ornamentów, marmurowych rynien, maszkaronów na dachach i strzelistymi łukami okien. Gdy dostali się na główny bulwar, prowadzący aż do wielkich, złotych wrót, które w najwyższym miejscu sięgały dachów najwyższych kamienic. Zaryglowane były dwoma, wielkimi, srebrnymi sztabami. Widząc złotą przeszkodę, cała czwórka zaczęła myśleć, jak najszybciej będzie przedrzeć się na drugą stronę muru. W kilka chwil później każdy z nich znalazł się po drugiej stronie muru na swój sposób. Wiedźmin w czasie szarży na wrota odłączył się od grupy jako pierwszy, błyskawicznie wykorzystując kilka niższych przybudówek by znaleźć się na poziomie dachów kamienic i z tamtąd przeskoczyć na mur obronny i z niego na drugą stronę. Eragon na kilkadziesiąt metrów przed wrotami wykrzyknął: "Eragon Risa!" I z tą samą prędkością co podczas biegu, zaczął wznosić się w stronę krawędzi muru, lewitując nad ziemią. Freeman w odległości około dziesięciu metrów od celu wcisnął w biegu kilka przycsków na przedramieniu, a serwomechanizmy w nogach pancerza zareagowały natychmiast, potężnie wspomagając sekwencję skoku i wspomagając amortyzację podczas lądowania pod drugiej stronie olbrzymiej przeszkody. Jedynie Dante wciąż biegł - wydawałoby się - na spotkanie twardych wrót. Pozostała trójka, jeszcze w trakcie lotów i skoków nad murem usłyszała głośny dźwięk przecinanego i upadającego na bruk, ciężkiego srebra, po czym wrota otwarły się na ościerz w potężnej eksplozji czerwonej energii z taką siłą, że dolne części skrzydeł wygięły się groteskowo, jakby swoją postawą dawały do zrozumienia, że chciały wykonać swoje zadanie, lecz niestety się im nie powiodło. Po drugiej stronie stało natomiast coś, co posturą przypominało Dantego, lecz ze skórą pokrytą szkarłatnymi i czarnymi łuskami, kolcami i zrogowaceniami, oczami jażącymi się czerwonym blaskiem, i z płonącym, złotym znamieniem na środku klatki piersiowej. Jedynie ogólna kolorystyka łusek i toporny miecz dzierżony w prawej ręce dawały do zrozumienia, że ta istota ma spore powiązania z Dantem. Gdy demon znalazł się w pełni po drugiej stronie, czerwony błysk na chwilę oślepił pozostałych, a na miejscu potwora stał ten sam co przedtem łowca diabłów, z lekkim uśmieszkiem goszczącym na twarzy. Trójka pozostałych stała zszokowana tą nagłą przemianą ich towarzysza. Nawet stoicki Gordon lekko otworzył usta.
-Co to miało być? - zapytał mocno zbity z tropu Geralt. Jego medalion zaczął zachowywać się dziwnie - nie drgał ciągłym sygnałem jak w pobliżu potwora, ani nie dawał krótkich, stabilnych sygnałów, jak w przypadku magii. Dawał jedynie chaotyczne znaki, jakby sam się wahał, jaką informację ma przekazać właścicielowi.
-Cecha rodzinna, mam to po tacie - odpowiedział niewinnie Dante.
  Geralt wciąż stał, wyczekując dokładniejszej odpowiedzi, lecz łowca demonów nic nie odpowiadał, tylko patrzył prosto w oczy Wiedźmina. Niezręczną ciszę przerwał Eragon:
-Kwestię ukrytych mocy magicznych omówimy po walce, teraz trzeba co prędzej naprawić te wrota. Dante, jako że to ty je rozwaliłeś, to ty dasz energię by je naprawić.
-Co takiego? - Dante odwrócił głowę spoglądając na poczynione przez siebie zniszczenia. - Cholera, nigdy nie potrafiłem pukać.
-Siedź przez chwilę cicho, w porządku? Muszę się skupić.
  Jeździec podszedł do powyginanych wrót i do przeciętych sztachet zamykając oczy. Odruchowo wyczuł dokładną obecność wszystkich żywych istot w okolicy, począwszy od pobliskiego mrowiska aż do wron, latających ponad nimi. W najbliższej okolicy wyczuł także obecność swoich trzech towarzyszy. Lecz nagle dał się słyszeć głos kombinezony Gordona:
-Wykryto niebezpieczne stężenie promieniowania epsilon. Automatyczne włączenie tarczy elektromagnetycznej w toku. - po czym świadomość Freemana nagle zniknęła, jakby nigdy jej tu nie było. Eragon otworzył oczy ze zdziwienia i spojrzał na Gordona.
-Jak to zrobiłeś? Twoja świadomość nagle po prostu znikła!
  Freeman w odpowiedzi uśmiechnął się dumnie i popukał palcami w płytę kombinezonu osłaniającą klatkę piersiową. Eragon ponownie zamknął oczy i skupił się na świadomości Dantego. Z zewnątrz przypominała świadomość człowieka, lecz coś było w niej nie tak. Gdy jeździec spróbował wejść w umysł łowcy demonów, jego mentalny atak został odruchowo odparty przez naturalną barierę umysłową, jaką posiada każda żywa istota. Nie była to wielka przeszkoda i Eragon bez problemu złamał tą barykadę, dostając się do myśli pół-demona. Już na samym początku wyczuł niewiarygodnie duże pokłady energii jego umysłu. Zaczął powoli przekazywać tą energię w srebrne sztaby, które zaczęły się magicznie ''zrastać'' do pierwotnej postaci na oczach trójki pozostałych bohaterów. Wszystko było dobrze, póki przypadkowo nie zachaczył o kawałek wspomnień Dantego. W ciągu zaledwie sekundy, niechroniony umysł zaczął mimowolnie oddawać wspomnienia tak szybko, że Eragon nie mógł wychwycić żadnego wyraźnego obrazu - w tak krótkim czasie przeszły przez niego tysiące, o ile nie setki tysięcy obrazów, z najróżniejszych epok i miejsc. Dźwięki towarzyszące obrazom zalały jego śwaidomość niczym potężna, ciągła eksplozja odbywająca się wewnątrz jego uszu. Nawet umysł Eragona nie wytrzymał takiego natężenia wizji. Jeździec przerwał w panice połączenie umysłów, upadając na ziemię do tyłu. Poczuł, że ktoś podnosi go z ziemi. Otworzył oczy i zobaczył, że to sam Dante go podtrzymuje.
-Hej, młody, obudź się, nie mamy czasu na omdlenia. Jak myślę, coś poszło nie tak?
-Te... te wizje... Przypadkowo zahaczyłem o twoje wspomnienia... Ich ilość... Och, moja głowa...
-Wiesz, gdybyś ty miał ponad dwa tysiące lat, też miałbyś co wspominać. - rzekł Dante, mrugając do niego łobuzersko. - Widząc wasze twarze zgaduję, że nie wymigam się od wielu pytań. Chętnie wam opowiem o sobie i mojej rodzince, ale raczej nie w tym momencie, bo myślę, że to co zbiera się na horyzoncie to nie jest parada hipisów.
  Dante wskazał na jedyną, szeroką przełęcz, prowadzącą do doliny, która właśnie była zalewana masą kilku tysięcy czarnych jak noc, karłowatych postaci, dziko wymachujących koślawą i źle wykonaną bronią i wykrzykujących często nieskładne okrzyki i hasła wojenne.

skomentuj (0)

Część 2: Smells Like Battle Spirit. 2009-03-25 19:41:10

   Starzec prowadził ich długim, jasnym korytarzem zamkowym. Marmurowa posadzka odbijała tysiące iskier światła, padającego ostrymi strugami z wysokich okien. Na ścianach widniały obrazy wielkich władców, którzy władali tą krainą. Jedną specyficzną rzeczą był fakt, że każdy z portretów króla miał wręcz identyczną, równo przystrzyżoną, białą brodę i długi, gruby, czerwony płaszcz królewski. Za oknami widać było widok wielkiej, bezdrzewnej doliny, okolonej wysokimi górami, których szczyty znikały daleko w chmurach. Środkiem doliny biegła kręta rzeka, zaczynająca się i znikająca w górach. Niedługo miał nastąpić zachód słońca, jako że chmury pomalowane już były na złoto, dodając jeszcze więcej urokliwego klimatu całej scenerii.
-To już niedaleko, zaraz będziemy w sali tronowej - zagadał starzec.
  Nie pomylił się. Po kilku zakrętach zobaczyli już wielkie, dębowe wrota, z wyrytymi ornamentami o bogatej tematyce roślinnej i zwierzęcej. Gdy do nich podchodzili, powoli otworzyły się same ze szlachetnym skrzypnięciem. Pomieszczenie za nimi aż dusiło przytłaczającą, ciężką, królewską atmosferą. Nagle cała czwórka poczuła się jakby nie miała tutaj znaczenia, jakby to miejsce należało do osób znacznie wyższych od nich. Jedyny Dante wyglądał na odpornego na drętwy nastrój tej komnaty.
  Pomieszczenie było ogromną salą z bogato zdobionymi kolumnami. Przez środek pomieszczenia biegł szkarłatny kobierzec, prowadzący do wielkiego tronu, aż jarzącego się od złota i klejnotów. Padał na niego gruby snop purpurowego światła padającego z witraża zrobionego z czystego ametystu, znajdującego się za siedziskiem. Na tronie zasiadał mężczyzna w jesieni życia, z równą, białą brodą, szlachetnymi rysami twarzy i obszernym, czerwonym płaszczem, rozlewającym się kaskadami po tronie i stopniach do niego prowadzących. Widząc przybyszy nie wyglądał na zaskoczonego, lub po prostu duma zabraniała mu okazywać bardziej przyziemnych emocji, takich jak zaskoczenie. Gdy obcy podeszli bliżej, Jeizdorazc uklęknął na jedno kolano przed władcą. Przybysze spojrzeli na niego z ukosa, po czym Geralt i Eragon uczynili to samo, Gordon wzruszył ramionami, lecz po sekundzie także się poddał atmosferze i uklęknął jak pozostała trójka. Jedyny Dante przejechał po nich wzrokiem, po czym czując, że powinien coś zrobić, kiwnął szybko głową w stronę tronu. Po chwili wszyscy powstali, a wtedy Jeizdorazc zaczął mówić, wpatrując się w podłogę:
-Witaj, o najjaśniejszy królu Pantaleonie III Przepotężny, synu Pantaleona II Potężnego najzacniejszy, błogosławiony, na szczyty królestw wyniesiony, ulubieńcu bogów i bóstw, pogromco niemocy i chaosu, bohaterze pokoleń, wodzu i latarnio ludu twego, pasterzu...
  Po kilkunastu długich sekundach, gdy czwórka obcych zaczęła objawiać widoczne efekty zniecierpliwienia, Jeizdorazc skończył wymieniać tytuły króla:
-...Iskro gniewu i radości bogów, oto przybywam, jak rozkazałeś, a wraz ze mną czterej Czempioni, którzy wesprą nas w walce z Wielkim Złem.
  Podchodzący pod baryton głos króla był wręcz nadludzko charyzmatyczny i szlachetny, aż przepełniał duszę myślą, że jest się przy nim słabym i nieznaczącym:
-Czterech? Spodziewałem się jednego, a ty naszykowałeś taką niespodziankę. Doskonale, twoje starania zostaną sowicie nagrodzone. Po zakończeniu audiencji udaj się do skarbca i niech dadzą ci tyle złota, ile zdołasz unieść, znaj mą szczodrość.
-Moja radość jest wręcz nie do opisania, o najjaśniejszy królu, Pantaleonie III Przepotężny, synu Pantaleona II Potężnego, najzacniejszy, błogosławiony, na szczyty...
-Daruj sobie tytuły, Jeizdorazcu - rzekł władca. - Nie czas teraz na dysputy, trzeba działać co prędzej, zanim liczne oczy Zła dostrzegą, że mamy w zanadrzu jeszcze cztery asy. Udajmy się do komnaty strategów, by obmyślić, cóż mamy czynić.
  Rozmowę przerwał łomot otwieranych barkiem wrót, które miały pecha otwierać się zbyt wolno dla osoby, która zamierzała wejść. Był to posłaniec - chłopak w schludnym stroju służby królewskiej. Podbiegł bliżej, uklęknął i zapoczątkował wodospadu słów:
-O najjaśniejszy królu Pantaleonie III Przepotężny, synu Pantaleona II Potężnego najzacniejszy, błogosławiony, na szczyty królestw wyniesiony...
-Przejdź do rzeczy. Z szybkości, z jaką tu wbiegłeś twoja wiadomość musi być bardzo pilna, jak sądzę.
  Chłopak zdruzgotany onieśmieleniem wstał i przeszedł do sedna sprawy:
-Na... na północy... Armia ciemności, szacujemy jakieś dziesięć tysięcy garfów i trzy katapulty. Na szczęście nie ma z nimi żadnych Demonów.
-Kim są garfy? - zapytał Eragon spiętym tonem.
-Najsłabsze sługusy Zła, tchórzliwe i wątłe, lecz ich siła wystarczyła, by wymordować trzy bezbronne miasta.
Geralt skwitował tą wypowiedź jadowitą ironią:
-Z tego, co mówił starzec tamte bitwy wygrywał ten, kto w ogóle trzymał miecz. Co mamy teraz robić?
Król powstał ze swego tronu i zszedł po kilku schodkach na poziom reszty osób w komnacie. Okazało się, że wysokość tronu dość mocno naginała wrażenie wzrostu władcy, bo gdy podszedł do Geralta, ledwie sięgał grzywką jego szyi. Gordonowi zebrało się na stłumiony śmiech, gdy porównał absurd wzrostu władcy do jego charyzmatycznego barytonu.
-Posłańcze! Każ ewakuować ludność do południowej części miasta, lecz macie zaczekać na mnie. Wy, Czempioni, zatrzymajcie armię tak długo, jak tylko się da.
-Co takiego?! - zakrzyknęli równocześnie Dante, Eragon i Geralt, lecz Eragon jako pierwszy dostał się do głosu, więc on wypowiedział się za resztę. - Dziesięć tysięcy kontra czterech?! To jakiś obłęd, zmiażdżą nas!
-To nie obłęd tylko rozkaz, po za tym są wyjątkowo słabi, po ledwie uderzeniu rozsypują się w pył i nie potrafią nawet broni trzymać jak należy. Poradzicie sobie. Powodzenia!
 Po tych słowach król pobiegł jako pierwszy do bocznych drzwi wielkiej komnaty z niebywałą - jak na tak krótkie nogi - prędkością, a tuż za nim wyszedł mędrzec. Czwórka bohaterów została w komnacie naprzeciw posłańca, który po kilku chwilach wpatrywania się z uwielbieniem na herosów, potrząsł  głową jakby właśnie się ocknął i pomknął w stronę wyjścia głównego.
-Co robimy? - zapytał Eragon, zdając się na opinię innych.
-To beznadziejne. Jak nie będziemy walczyć, to wedrą się do miasta, mordując cywili, a i tak zmuszą nas do walki. - odparł Geralt.
Dante zamaszystym ruchem wyjął oba pistolety z kabur i naznaczając nimi majestatyczny łuk w powietrzu, za razem je odbezpieczając, rzekł z nieukrywaną radością:
-Nareszcie coś się dzieje! Już się bałem, że nie znajdę tutaj żadnej rozrywki!
-Co ty na to, Gordon? - Zapytał Eragon, patrząc na niego z ukosa.
  Freeman dla odmiany wzruszył obojętnie ramionami, wpisał jakąś kombinację klawiszy na małym panelu na przedramieniu, a kobiecy głos obwieścił:
-Ręczna zmiana ustawień serwomechanizmów na: Intensywne uniki - walka wręcz.
-To chyba oznacza aprobatę... - zauważył Geralt.
-Więc na co jeszcze czekamy? - Zapytał łobuzersko Dante. - kto ostatni na polu bitwy ten stawia pizzę i truskawkowe lody dla mnie!
Wszyscy spojrzeli po sobie, po czym z błyskiem wzajemnego zrozumienia w oczach pobiegli niczym cztery błyskawice w kierunku wyjścia.

Tagi: książki, filmy, gry, fanfick, parodia, the best fanfick in the world, ultimate, fan fick

skomentuj (0)

Część 1: Przybycie Czempionów 2009-03-11 20:10:09

  Ściany kopulastej sali połyskiwały wszystkimi odcieniami purpury i czerwieni. Na szczycie widniał wielki kryształ, z którego padał szeroki snop światła wprost na błękitny pentagram rozrysowany na podłodze. Wokół pentagramu pełno było różnych maszyn, sprzętów, stołów z przyrządami alchemicznymi i ksiąg. W całym tym mentliku krzątał się jeden, ekscentryczny, dłogobrody mag w wysokiej, szpiczastej tiarze, szepczący do siebie niezrozumiałe, acz skrupulatne komentarze. Po kilku chwilach uniósł tryumfalnie palec, podnosząc ze stołu jakąś fiolkę z przezrocznystym płynem i wielką, oprawioną w brązową skórę księgę.
-Nareszcie, wszystko gotowe... gotowe jest już wszystko...
  Ogarnął naprędce bałagan, robiąc więcej wolnej przestrzeni przed pentagramem.
-Król chce bohaterów, to ich dostanie. Nawet czterech... Jeszcze się zdziwi, głupio mu będzie, tak! Chciał zlekceważyć starego Jeizdorazca, jeszcze się będę śmiał, a jemu będzie naprawdę głupio, jak nigdy....
 Stanął w odległości około dwóch metrów od rozrysowanej gwiazdy na podłodze i rzucił w jej centrum fiolkę. Płyn rozprysnął się po podłodze w takt dźwięku tłuczonego szkła. Krawędzie gwiazdy zabłysły błękitnym płomieniem. Czarodziej otworzył księgę trzymaną w dłoni, wyciągnął rękę na przód i zaczął inkantację zawiłego zaklęcia. Każde słowo padało jak uderzenie młota w dzwon, każda sylaba cieła powietrze jak topór drewno. Pod koniec recytacji powietrze w komnacie aż wibrowało od Mocy. Każdy wers zaklęcia jakby podsycał płomień pentagramu, jako że ten żarzył się coraz bardziej i bardziej, aż mag musiał zmrużyć oczy, by światło go nie oślepiało. Nagle nastała cisza. Kilka drżących sekund całkowitego milczenia. Aż do momentu, gdy wypowiedział ostatnie słowo:
-Ewotog...
  Biały blask, eksplodujący z kryształu na suficie zalał całe pomieszczenie. Poświata zaczęła zanikać, ukazując w centrum pentagramu, stojącego mężczyznę, z obnażonym, srebrnym mieczem, a drugim, stalowym zawieszonym na plecach. Miał na sobie czarną, skórzaną kurtkę ze szlufkami na ramieniu, w których trzymał trzy, małe butelki z miksturami. Perłowe włosy spływały na ramiona, ćwieki na rękawach kurtki odbijały wciąż ostre światło. Na piersi połyskiwał srebrny talizman w kształcie głowy wilka, a na bladej twarzy mężczyzny malował się niepokój i zdziwienie.
-Ach, Geralt, sławny wiedźmin, miło mi cię wreszcie poznać! - zawołał starzec.
 Wiedźmin podszedł do niego szybkim krokiem i bez owijania w bawełnę, wolną ręką chwycił maga za przód tuniki, szepcząc mu prosto w twarz:
-Masz pięć sekund na wyjaśnienie mi, co się tutaj dzieje...
  Jezdorazc nieco drżącym glosem zaczął uspokajać przybysza:
-Och... ależ nie ma powodów do gniewu... tylko... zostałeś wytypowany do utworzenia drużyny Czempionów, którzy...
  Geralt przekrzywił lekko głowę oczekując dalszych wyjaśnień. Jego wzrok mówił jasno, by starzec ostrożnie dobierał słowa. Lecz w pewnym momencie, czarodziej spostrzegł, że źrenice białowłosego stały się niebo bardziej pionowe, niż okrągłe.
-Więc... Emm... to, może mnie pan odstawi z powrotem do komfortowej pozycji, a wtedy w skrócie opowiem...
  Wiedźmin puścił Jeizdorazca, odsuwając się powoli o dwa kroki w tył, dając nieco luzu czarodziejowi.
-Cóż, jak już mówiłem... zostałeś wytypowany jako jeden z Czempionów, epickich bohaterów, o których krążą legendy, by przywrócić ład i porządek w krainie Harradacji i zniszczyć odwieczne Zło i straszliwe siły Ciemności, atakujące nas z północy.
 Ton głosu wiedźmina wyrażał czystą irytację przeplataną ironią i zniecierpliwieniem:
-Czy to jest jakiś żart? Wielkie Zło? Czy wyglądam na jakiegoś bazarowego bohatera? Mam lepsze rzeczy do roboty niż epickie bitwy rodem z bajek. Po za tym akurat byłem w samym środku walki, gdy ty mi brutalnie przerwałeś swoim idiotyzmem.
-Och, nie musisz się martwić, gdy już z powrotem was odeślemy, znajdziecie się w tej samej sekundzie, w której zostaliście zabrani!
  Głos wiedźmina był morderczo zimny i spokojny, jakby los czarodzieja był już z góry przesądzony.
-Doskonale. W takim razie zrobimy tak: Ty mnie odeślesz i zostawisz w spokoju, a ja nie rozpłatam ci czaszki lub nie rozczłonkuję dwoma uderzeniami, zgadzasz się?
  Na czole maga zaperlił się pot.
-No więc... z tym może być problem... Przywołać kogoś jest łatwo, gorzej z odesłaniem na miejsce, do tego potrzebna jest żywica żelazotrawy, która rośnie daleko... na północy...
-I chcesz mi powiedzieć, że jej nie masz...?
-Cóż... no, tak, dokładnie. Ale, ale! Mam dla ciebie motywację do tego zadania. Jako że jesteś PŁATNYM zabójcą potworów, król hojnie zapłaci ci za każdego zabitego po drodze potwora, nawet w bitwie, gdzie będziesz miał ich na pęczki. Czysty zysk. Co ty na to?
 Wiedźmin po chwili zastanowienia odłożył miecz na plecy.
-A mam jakiś wybór? Kim są ci pozostali skazańcy?
-Skazańcy? Ach, masz na myśli Czempionów? Zaraz ich poznasz, nie martw się.
  Czarodziej znów zaczął inkantację zaklęcia. Geralt oparł się tyłem o stół, śledząc ruchy czarodzieja. Starzec ponownie wypowiedział słowa zaklęcia, lecz tym razem pokój zalała rubinowa poświata i błysk, płomień pentagramu także przybrał szkarłatną barwę. Gdy światło zaczęło zanikać, w centrum pentagramu, siedział wygodnie rozparty na krześle - wraz z którym przypadkowo się przeniósł - drugi białowłosy mężczyzna. Miał na sobie długi, czerwony, skórzany płaszcz, pod nim czarną kurtkę w poprzek której biegły trzy, ciemnobrązowe pasy ze złotymi klamrami, na różnej wysokości torsu, czarno-szkarłatne, kowbojskie spodnie, czarne buty i rękawiczki z obciętymi palcami wskazującymi i kciukami. Na plecach miał wielki, surowy, stalowy miecz z dużą taszką w kształcie czaszki, prostymi, poproswadzonymi pod kątem jelcami i specyficznym wycięciem przypominającym symbol karo w sztychu ostrza. Na plecach, na wysokości miednicy miał dwie kabury, z pokaźnymi pistoletami: czarnym i białym. Gdy czerwona poświata opadła, wciąż siedział wygodnie na krześle, opierając głowę na zaplecionych za karkiem rękach. Nie wyglądał na specjalnie zaskoczonego, raczej na nieco znużonego, przejechał jedynie spojrzeniem po pokoju, nie wyrażając specjalnych emocji.
-Hmm, wygląda na to, że klientom nie wystarcza już zwykły telefon...
  Czarodziej powitał go w podobnym stylu co Geralta, nie zwracając uwagi na kąśliwą uwagę:
-No, no, legendarny pół-demon, a za razem łowca demonów, Tony Redgrave, bardziej znany jako Dante, założyciel i właściciel agencji Devil May Cry! - Geralt, na słowo ''pół-demon'', spojrzał pytająco na starca, lecz ten i na to nie zwrócił uwagi.
  Drugi białowłosy wstał z krzesła, przeciągnął się leniwie i rzekł od niechcenia:
-Do rzeczy, o co chodzi, że nie można było wysłać nawet zwykłego listu z prośbą o przyjście?
-Za parę chwil wszystko wyjaśnię, lecz najpierw zakończmy teleportację pozostałych herosów. A jak na razie, Dante, poznaj Geralta, zabojcę potworów, z którym przyjdzie ci współpracować przez najbliższy czas.
  Dante podszedł do wiedźmina, przywitał się ostrożnym podaniem ręki i nieco krytycznie zbadał Geralta wzrokiem. Jego oczy na moment spoczęły na białych włosach, po czym rzekł z aprobatą, puszczając oko:
-Respekt.
 Geralt także nie omieszkał okrasać spojrzeniem swojego przyszłego partnera zawodowego: Jego wzrok zatrzymał się na wielkim, topornym mieczu i powiedział z lekkim rozbawieniem:
-Naprawdę walczysz tym klocem, czy służy tylko do jakiś ceremonialnych celów?
-Nie, to tylko specyficzna maszynka do golenia, mam twardy zarost - odpowiedział Dante z lekko sarkastycznym uśmiechem.
  Ich ''rozmowę'' przerwała trzecia już inkantacja zaklęcia. Powietrze zawibrowało ponownie, pokój zalała pomarańczowa poświata. Po kilku sekundach, ze światła wyłonił się trzeci mężczyzna, krótko ścięty brunet w średnim wieku, z bródką okalającą usta i z okularami w prostokątnych, czarnych oprawkach, za którymi widać było czystozielone oczy. Na sobie miał dziwny, szaro-pomarańczowy pancerz, który dość ciasno przylegał do ciała. Na piersi pancerza widniało fizyczne oznaczenie symbolu lambdy, na plecach, w specjalnych uchwytach widniały dwa przedmioty: pierwszym był dziwny, stalowy przedmiot, przypominający karabin lub bardziej małe działo, z pomarańczowym, przypominającym obuch zakończeniem gdzie powinna być lufa, a drugim był - o dziwo - zwykły, na pierwszy rzut oka, łom. Człowiek w dziwnym pancerzu wyglądał na nieco zdziwionego, lecz jego twarz nie przejawiała jakichś specjalnie żywych emocji. Nagle z jego zbroi wydobył się dziwnie zmodulowany, kobiecy głos:
-Wykryto anomalię położenia, sprawdzanie funkcjonalności systemów: Systemy życiowe - w normie, systemy elektroniki - w normie, systemy serwomechanizmów - w normie, system określania terenu GPS - błąd, proszę wprowadzić nowe namiary GPS.
  Starzec jakby nie przejął się zbytnio wykładem pancerza przybysza, za to powitał go jak dwóch pozostałych:
-Małomówny uczony, Gordon Freeman, największy umysł, potrafiący posługiwać się bronią, jaki widziały światy. To zaszczyt spotkać tak znamienitego uczonego. Choć o tym pan nie wie, wiele z teorii i rozwiązań, które pan opracował są przez nas wciąż używane.
Freeman nic nie odpowiedział, wciąż stał z oczekującym wyrazem twarzy.
-Cóż, wszystko wyjaśnię za moment, gdy sprowadzę także ostatniego z kandydatów. Na ten czas, chciałbym, by poznał pan wiedźmina Geralta i łowcę demonów, Dantego, z którymi przyjdzie panu współpracować.
  Gordon podszedł do nich bez słowa, powitał ich lekkim skinieniem głowy. Nie zadawał żadnych pytań, nie wypowiedział nawet jednego słowa. Wyraz jego twarzy przedstawiał lekką zadumę, lecz po chwili, gdy stanął obok nich, pokręcił lekko głową i spojrzał z politowaniem w górę, jakby doszedł do jakiejś beznadziejnej konkluzji odnośnie teraźniejszej sytuacji. Po sekundzie Dante spojrzał na jego ekwipunek, dostrzegając łom.
-Przepraszam że pytam, ale czy ten łom to twoja broń, czy używasz go tylko okazjonalnie jako magiczna klamka do drzwi?
  Gordon spojrzał na niego znad okularów, wzruszył ramionami i dobył łomu prawą ręką z zaczepu na plecach. Ponownie z jego pancerza wydobył się kobiecy glos:
-Wykryto broń białą w obrębie prawej dłoni. Automatyczna konfiguracja serwomechanizmów do: walka bronią białą.
 Geralt spojrzał na naukowca z zaciekawieniem, Dante z aprobatą przytaknął głową:
-Fajna sztuczka. W wolnej chwili będziesz musiał nauczyć tego mojego płaszcza.
  W międzyczasie, Jeizdorazc zaczął po raz czwarty i ostatni wymawiać zaklęcie. Światło z kryształu przybrało błękitny odcień, gdy światło zalało pomieszczenie, miało się wrażenie jakby stało się gdzieś na dnie oceanu. Z błękitu wyłonił się ostatni mąż - albo raczej jeszcze chłopak - Ubrany w skórzane spodnie, kamizelkę i płócienną, białą koszulę. Do jego pasa przymocowana była pochwa z magicznym mieczem. Na oprawie miecza widniał napis: ''Brisingr''. Gdy młodzian pojawił się w pentagramie, wiedźmiński medalion Geralta zaczął wibrować, wyczuwając potężne źródło magii. Sam chłopak miał brązowe włosy, gładkie rysy twarzy i szpiczaste uszy, a jego twarz wyrażała zdziwienie pomieszane z paniką.
-Ach, udało mi się dobrnąć i do ciebie, cny Eragonie Cieniobójco, Smoczy Jeźdźcze! Wyjątkowo trudno było się do ciebie przebić przez te grube warstwy barier umysłowych. Widać elficki rytułał Agaeti Blodhren, w którym posiadłeś niektóre cechy elfów znacznie poprawiły także twoje zdolności magiczne.
-Co się dzieje? Kim jesteście?! - Zapytał mocno zbity z tropu i nieco wystraszony Eragon, chwytając za rękojeść miecza.
-Nie musisz się nas obawiać, wręcz przeciwnie. Proponuję ci zadanie uwolnienia tego świata od Zła.
  W międzyczasie, Dante dyskretnie obejrzał ostatniego przybysza, po czym nachylił się do Geralta i szepnął do niego:
-Hmm... Szpiczase uszy, niebieski miecz, gładkie rysy twarzy... Lepiej nie spać tyłem do niego...
  Starzec dalej wprowadzał Eragona:
-Za sekundę wszystko wyjaśnię, lecz najpierw poznaj tych, z którymi przyjdzie ci walczyć ramię w ramię. Oto są: Zabójcy potworów i demonów, Geralt i Dante, a także sławny uczony fizyk, Gordon Freeman. Owszem, nie masz tak wielkiego doświadczenia w wojennym rzemiośle jak Dante czy Geralt, lecz jako jedyny posiadasz potężne zdolności magiczne, co może okazać się przydatne w waszej misji, po za tym wykazujesz iście nadludzki honor i praworządność, będąc przykładem wspaniałego rycerza, który pokona Ciemność grasującą na północy.
-Ale co z Saphirą? Skoro skądś o mnie wiesz, wiesz także, że nie zostawię jej od tak, bo nie mogę, nie zniósłbym myśli, że będzie się o mnie martwić.
-Nie ma czego. Jak już mówiłem Geraltowi, to, co się tutaj dzieje, dla was będzie długimi miesiącami, lecz gdy powrócicie, w waszych światach będzie dokładnie ta sama chwila, w której je opuściliście. Tak więc Saphira nawet nie zauważy, że cię nie było.
  Dante ponownie nachylił się do Geralta, tym razem szepcząc z ulgą:
-Saphira, uff, żeńskie imię, czuję się znacznie bezpieczniej.
  Eragon nie usłyszał tego, co powiedział Dante, zapytał tylko ''mentora'':
-A co, jeżeli tutaj zginiemy?
-Cóż, wtedy... Hmm... pojawicie się bez szwanku we własnych światach, tak... Tak myślę... - Ton głosu Jeizdarazca nie był nijak przekonujący, wręcz przeciwnie, zdradzał mocne akcenty braku pewności, czy to co mówi jest prawdą lub ma coś z nią w ogóle wspólnego.
-Wierzę ci na słowo, starcze.
Sam czarodziej był mocno zaskoczony taką odpowiedzią, uniósł brwi, zbity z tropu.
-Cóż, twoja praworządność może także się okazać pomocna... a także dzięki niej możesz pilnować pozostałych, by nie zboczyli z dobrej ścieżki... Tak, chyba tak...
  Gordon w komentarzu na ten dialog uniósł pytająco brew, Dante chwycił się jedną dłonią za twarz, Geralt wciąż opierając się o stół szepnął do siebie, komentując zachowanie Eragona:
-Pierwsza zasada przetrwania w społeczeństwie: asertywność, co? Ech...
Gdy Eragon podszedł do reszty drużyny, by stanąć koło nich, Dante położył mu dłoń na ramieniu i rzekł przyjacielsko:
-Nie martw się, pobędziesz z nami dłuższy czas, to zrobimy z ciebie prawdziwego faceta i wojownika.   
  Smoczy Jeździec spojrzał na niego z ukosa, lecz nic nie odpowiedział, nieco speszony. Czarodziej stanął dumnie przed nimi i zaczął mówić, poważnym tonem:
-Teraz wyjaśnię wam całą sprawę. Otóż, nasz świat, Harradacja, jest w poważnym niebezpieczeństwie. Przez tysiąclecia żyliśmy w pokoju, nikomu nie zawadzając, lecz ostatnimi czasy, na północy rozpoczęły się ataki sił Ciemności na nasze osiedla. Jedno po drugim, miasta północy upadały pod brzemieniem Wielkiego Zła i jego Nikczemnej Armii. My, jako ludzie pokoju, nie jesteśmy przygotowani w żaden sposób do walki, dlatego potrzebujemy kilku dzielnych bohaterów, którym udaloby się odeprzeć siły Zła z naszego świata...
  Geralt rzekł mimochodem:
-Po prostu chcesz powiedzieć, że potrzebujecie idiotów, którzy odwalą brudną robotę, nie mylę się?
  Mag, nieco zdezorientowany, odrzekł:
-Cóż, z waszego punktu widzenia - tak, potrzebujemy kogoś, kto ma szanse powodzenia. Lecz z naszego, jesteście bohaterami, Czempionami, którzy wiecznie będą żyć w legendach. Oczywiście, jak wam się uda. Dodatkową motywacją dla was powinna być sowita zapłata za każdego pokonanego przeciwnika, a także fakt, że nie mogę was odesłać z powrotem do waszych światów bez żywicy żelazotrawy, rosnącej głęboko na terenach Ciemności.
  Eragon zapytał z lekkim zdziwieniem:
-Zaraz, zaraz, mówisz, że przeciw całej ARMII chaosu chcecie wysłać tylko czterech, zwykłych ludzi?
 Dante i Geralt odrzekli w dokładnie tym samym momencie:
-Mów za siebie... - spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się z rozbawieniem, nawet na twarzy Gordona przemknął cień uśmiechu sytuacyjnego. Czarodziej wyjaśnił kwestię pytania:
-Owszem, lecz nie wysyłamy was na środek pola bitwy przeciw całej armii. Bardziej myśleliśmy, byście przedarli się względnie po cihu na tyły wroga i zniszczyli źródło owego Zła, czym lub kimkolwiek jest. Wiemy tylko, że owo Zło ma kilku popleczników, którzy także zostali przywołani z innych światów. Na razie wiemy tylko o jednym z nich. To on prowadził pierwsze ataki na miasta północy. Jego imię to Kratos, w swoim świecie był samozwańczym ''Bogiem Wojny'', co dobrze obrazują jego umiejętności władania dwoma mieczami na łańcuchach i premedytacja w zabijaniu. Podobno już raz udało mu się wydostać z samego Piekła, więc może być poważnym przeciwnikiem.
  Dante prychnął.
-Piekło? Bywałem, miła atmosfera, dość rozgrzewająca, ale nie chcieli mnie tam.
-Wiem o tym - odpowiedział z uśmieszkiem ''mentor''. - Dlatego to ty zostałeś wytypowany jako członek drużyny Czempionów.  Wszyscy zostaliście wytypowani na najlepszych kandydatów. Wiedza i inteligencja Gordona, magia i honor Eragona, siła i wytrzymałość Dantego, doświadczenie i profesjonalizm Geralta były głównymi cechami, które stawiały was w najlepszym świetle do obrony tego świata. Ale my tu gadu gadu, a król ciągle czeka w zamku. Chodźcie za mną, władca będzie wniebowzięty!

Tagi: film, książki, gry, parodia, the best fanfick in the world, ultimate

skomentuj (1)

WSTĘP 2009-03-09 22:42:11

The Best FanFick In the World: Ultimate Parodia

Witaj, nieznajomy. Zastanawiasz się, gdzie się właśnie znalazłeś? Otóż zawitałeś na bloga z odcinkowym opowiadaniem FanFiction, będącym parodią wszystkich szablonowych, tandetnych i czasem nawet idiotycznych - prawdziwych opowiadań FanFiction, od których aż roi się na internecie (jeżeli żadnego nie widziałeś, zapraszam do Wujka Google :P ). Cóż znajdziecie w tym opowiadaniu? Znajdziecie przede wszystkim dużo groteskowego humoru, Epickich Przygód, walki Ostatecznego Dobra przeciwko Ostatecznemu ZÓU, a także... sarkazm. W obalających miejscami ilościach. (Przed rozpoczęciem lektury upewnij się, czy nie masz alergii na ironię, za skutki uboczne nie odpowiadamy - Redakcja ;)  )

  Pewnego dnia, czwórka szanujących się bohaterów - profesjonalny Wiedźmin Geralt, nadludzko wytrzymały i sarkastyczny pół-demon Dante, bardzo małomówny uczony fizyk, Gordon Freeman i szlachetny Smoczy Jeździec Eragon - zostają brutalnie wyrwani ze swych rzeczywistości, trafiając do dziwacznej i pełnej paradoksów krainy Harradacjii, gdzie zostają okrzyknięci mianem bohaterów i od razu wysłani w podróż pełną przygód, by zniszczyć Źródło Wiecznego Zła i Ciemności. Czy wyjdą z tego cało? Czy Zło zostanie pokonane? Czy Wieczne Dobro Wiecznej Szczęśliwości zatryumfuje? Czy Bohaterowie nie oszaleją w tym poje***nym, paradoksalnym Świecie?! To się okaże na kartach tego opowiadania ;)

(za wszelkie urazy umysłowe lub fizyczne wynikające z masohistycznych zachowań występujących po lub w czasie lektury tego bloga NIE ODPOWIADAMY! - Redakcja ;)  )

---------------------------------------------------
Krótki (linkowy) opis bohterów:

Gordon Freeman:
http://en.wikipedia.org/wiki/Gordon_Freeman

Dante:
http://en.wikipedia.org/wiki/Dante_(Devil_May_Cry)
(odnośnie wyżej wspomnianej 'w'ytrzymałości'' Dantego :P ):
http://www.youtube.com/watch?v=SGv5w3kCVHc&feature=related

Wiedźmin Geralt:
http://en.wikipedia.org/wiki/Geralt_of_Rivia
http://www.youtube.com/watch?v=QOac7t4kSUI
http://www.youtube.com/watch?v=gEfdDqTcD2M

Eragon:
http://en.wikipedia.org/wiki/Eragon_(character)

---------------------------
REDAKCJA:
-Logo, Treść: Velatieren
-HTML Master: Avanven
-Konsultanci odnośnie fabuły / pomysły różne: Tobyash, Benitares, Avanven, Velatieren

E-Mail kontaktowy: Velatieren@interia.pl


Tagi: parodia, the best fanfick in the world, thebestfanfickintheworld, ultimate

skomentuj (0)

Necronomicon